Dawno, dawno temu zdarzało mi się chodzić do pracy przez łąkę. Ale nie był to większy kawałek niegdysiejszego trawnika, jakie czasami spotyka się w miastach, ale najprawdziwsza łąka z prawdziwymi oznakami życia. Między innymi można było spotkać tam przepiórki. Jak wyglądają przepiórcze jaja, to chyba nie muszę pisać, ale przepiórka była dla mnie, obytego raczej z leśną zwierzyną czymś nowym. Dość duży ptak, wielkości mniej więcej kaczki krzyżówki o szarym upierzeniu jest trudny do dojrzenia w gąszczu trawy, liści bylin i zeszłorocznych, suchych badyli. A, że chodziłem do pracy dość wcześnie, tak w okolicach godziny szóstej, gdy, zwłaszcza w listopadzie czy grudniu trudno powiedzieć, że jest jasno, zdarzało mi się wpaść na taką przepiórkę. Efekt jest piorunujący. Otóż przepiórka, jestem przekonany, słyszała mnie już z kilometra, ale swoim zwyczajem zamiast uciekać zawczasu, siedziała przyczajona do ostatniej chwili. I dopiero gdy miałem na nią nadepnąć wylatywała w powietrze z łopotem skrzydeł jak... filip z konopi. Tu mała dygresja - przepiórka w odróżnieniu od kury lata.
Tak, polecam takie przeżycia ludziom, którzy odczuwają braki w zastrzykach adrenaliny. Nie trzeba wcale skakać ze spadochronem z wieżowca :)
Ale doszliśmy w ten sposób do Filipa. Pewnie niektórzy wiedzą o co chodzi, co ten Filip robił w konopiach i czemu tak nagle wyskoczył. Ale ja przez długi czas nie wiedziałem. I trochę czasu trwało, zanim do tego doszedłem. Spotkałem się najpierw z twierdzeniem, że Filip z Konopi to był taki poseł na Sejm I RP, który zasłynął z tego, że zabierał głos na temat „niecałkiem” związany z aktualną dyskusją. Teoria ciekawa, ale nie znalazłem żadnego jej potwierdzenia. Cóż, szukałem dalej. I do czego doszedłem? Otóż filipem (tak, z małej litery) nazywa się zająca. To zwierzątko, będące często obiektem polowań z nagonką, opracowało taktykę obronną polegającą na chowaniu się w konopiach. Konopie wydzielają aromat, którego nie tolerują psy - czy wszystkie psy to nie wiem, grunt, że myśliwskie nie tolerowały. I siedział sobie ten nasz filip w tych konopiach po cichutku. Myśliwi musieli sami wchodzić w konopie, żeby zająca z nich wypłoszyć. A ten uciekał dopiero w ostatniej chwili - gdy ktoś miał na niego nadepnąć...
Morał z tej historyjki jest taki: nie należy chodzić z rana po łące, bo można wyskoczyć jak filip z konopi na widok (a raczej odgłos) przepiórki wystrzelającej w niebo :)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz